Pit 37

W obronie rodzimych bogów – recenzja książki „Słowo i miecz” Witolda Jabłońskiego

Teoretycznie każdy autor decydujący się na wydanie książki powinien mieć do perfekcji opanowaną sztukę operowania słowem. W praktyce jednak prawdziwych wirtuozów języka polskiego wśród rodzimych twórców nie ma tak wielu. W tym niezwykle elitarnym gronie znajduje się Witold Jabłoński. Z tego powodu, kolejne jego dzieła wyczekiwane są z niecierpliwością przez tysiące czytelników seks porady.

Z drugiej strony, każdy, kto zetknął się do tej pory z twórczością tego autora, zdaje sobie doskonale sprawę z kontrowersyjnych poglądów, przemycanych na łamach jego książek. Ujmując rzecz najdelikatniej jak można, prezentują one wysoce sceptyczny stosunek do chrześcijaństwa oraz propagowanej przez nie moralności. Głośnym echem odbiły się w fandomie oskarżenia o propagowanie satanizmu wystosowane względem Jabłońskiego krótko po wydaniu przez niego powieści „Uczeń czarnoksiężnika”, z którymi zwykle wiąże się decyzję władz Łodzi o usunięciu pisarza ze stanowiska dyrektora tamtejszego Śródmiejskiego Forum Kultury. Sięgając po jego prozę, można być pewnym nie tylko wyjątkowego poziomu artystycznego dzieła, ale i kontrowersyjnych treści, zwykle budzących wśród odbiorców skrajnie odmienne opinie.

Nie inaczej będzie zapewne w przypadku najnowszej powieści Jabłońskiego, zatytułowanej „Słowo i miecz”. Książka przenosi nas do przełomu X i XI stulecia, na tereny dzisiejszej Polski. Osią fabuły są zmagania pomiędzy wyznawcami Jezusa Chrystusa, podejmującymi tu dzieło chrystianizacji, a buntującymi się przeciw piastowskiemu jarzmu mieszkańcami tutejszych ziem, przywiązanymi do dawnych, wyznawanych z dziada pradziada wierzeń i tradycji. Można by jedynie powiedzieć, iż ci pierwsi skupiają się na łamach „Słowa i miecza” pod wodzą Kazimierza Karola (w większości prac historycznych ochrzczonego mianem Odnowiciela), drudzy zaś stają u boku wzniecającego otwarty bunt Miecława, księcia Mazowszan. Byłoby to jednak o tyle duże uproszczenie, że akcja w następujących po sobie rozdziałach nie zawsze odbywa się w porządku chronologicznym. Mało tego, czytelnik przenosi się w różne okresy historyczne, także do lat, kiedy wspomniani przywódcy stron konfliktu nie stąpali jeszcze po świecie, a nękającym nadwiślańską ludność Piastem był nie kto inny, jak osławiony książę Bolesław, w historiografii figurujący jako Chrobry.

Chrystianizacja Polski nie należy do tematów, które na lekcjach historii omawiałoby się wystarczająco wnikliwie. Najczęściej robi się to w sposób sugerujący, iż w 966 roku, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, poddani Mieszka I jak jeden mąż przyjęli chrześcijaństwo, odrzucając dotychczasowe wierzenia. Nieczęsto wskazuje się, że w rzeczywistości był to długotrwały, żmudny proces, nierzadko pociągający za sobą rozlew krwi i gwałtowne sprzeciwy ludności, takie jak te pod wodzą Masława. U Jabłońskiego chrystianizacja przybiera prawdziwie brutalne oblicze. Ukazana została bowiem nie z perspektywy zaprowadzających nową wiarę Piastów, lecz wyznających słowiańskie bóstwa mieszkańców nadwiślańskich krain. Piastowscy książęta, ich drużyny oraz chrześcijańscy duchowni, nazywani tu pogardliwie „czerńcami”, nie przebierają w środkach i w celu krzewienia chrześcijaństwa uciekają się do wyjątkowo brutalnych metod.

Obraz chrześcijan, jaki wyłania się ze „Słowa i miecza”, jest wyjątkowo negatywny. Ukazani są oni jako element obcy i destruktywny, brutalnie tłamszący kulturę i obyczaje naszych przodków. Jabłoński akcentuje skrajnie odmienne pojmowanie moralności u obu stron konfliktu. Podczas gdy zwolennicy Miecława cenią sobie radość życia, nie stronią od cielesnych uciech i wolnej miłości, ich wrogowie propagują ascetyzm, a cierpienie uznają za coś wzniosłego, pożądanego i oczyszczającego ludzką duszę. Natomiast głosząc miłość bliźniego, jednocześnie tłamsząc przemocą wszelki sprzeciw i bunt, dają niesamowity pokaz hipokryzji. Osobom identyfikującym się z wiarą chrześcijańską niełatwo będzie czytać co niektóre fragmenty „Słowa i miecza”. Sformułowania takie jak to Jezusie Chrystusie, zgodnie z którym jest on jedynie „Żydem przybitym do kawałka drewna” z pewnością wystawi na próbę cierpliwość niejednego czytelnika. Zwłaszcza, że antychrześcijańskie akcenty powtarzają się tu na co drugiej stronie, z czasem stając się coraz bardziej nachalne i wywołując u czytelnika wrażenie obcowania nie z solidną literaturą, a prymitywnym, antykatolickim paszkwilem. Trzeba jednak uczciwie przyznać, iż w powieści Jabłońskiego także bohaterowie wyznający rodzimą wiarę niejednokrotnie traktują swoje wierzenia w sposób instrumentalny. Płynący z tego wniosek wydaje się bardzo czytelny – religia, jakakolwiek by nie była, stanowi narzędzie do kontrolowania ludzi i kierowania ich poczynaniami. Na kartach „Słowa i miecza” można ponadto odnaleźć krytykę bezrefleksyjnego, ślepego przyjmowania zachodnich wzorców, przestrogę przed zatraceniem własnej tożsamości – co, trzeba przyznać, wydaje się przesłaniem ponadczasowym i niezwykle aktualnym.

Osobną kwestię stanowi kreacja bohaterów. Paradoksalnie, ani Miecława, ani Kazimierza Karola nie można umieścić wśród najważniejszych postaci książki, na dobrą sprawę pojawiają się bowiem zaledwie w kilku rozdziałach. Za najciekawszą uznać trzeba Żywię, kapłankę bogini Mokoszy, którą pierwej poznajemy jako Dziewannę, nastoletnią dziewczynę na własnej skórze doświadczającą okrucieństwa ze strony Piastów, a która później weźmie udział w wyprawie, mającej na celu zatrzymanie ekspansji nowej wiary. Towarzyszą jej wojowniczy Mścigniew, wybitny łucznik wywodzący się z plemienia Jadźwingów – Andaj, oraz Widun, kapłan Welesa. O ile kreacje tychże postaci pozostawiają niewiele do życzenia, to znacznie słabiej prezentują się bohaterowie stojący po przeciwnej stronie konfliktu. Większość jest jednowymiarowa i jednoznacznie negatywna. Zupełnie tak, jak w szablonowej powieści fantasy, w której wiemy, że jeśli dany bohater przynależy do rasy tak zwanych zielonoskórych, to zwyczajnie nie można spodziewać się po nim niczego pozytywnego. Na takim potraktowaniu bohaterów najnowsza powieść Jabłońskiego wiele traci.

Do atutów książki z pewnością można natomiast zaliczyć wiarygodne osadzenie fabuły w historycznym kontekście. Wystarczy przeczytać zaledwie kilka rozdziałów, by przekonać się, jak staranną pracę wykonał autor w tym zakresie. Czytelnik niejednokrotnie towarzyszy bohaterom w odprawianiu dawnych, słowiańskich obrzędów, jak Dziady czy Noc Kupały, w przekonujący sposób odwzorowując też mentalność naszych prapraprzodków. Ponadto, przedstawia niezwykle interesującą interpretację wydarzeń następujących po śmierci Bolesława Chrobrego i podczas buntu Miecława. Nie mniej ciekawie nakreślono także szereg intryg wymierzonych przeciwko Kazimierzowi Karolowi. Niemało w tym wszystkim odautorskiej wizji, Jabłoński zresztą informuje w posłowiu, że „Słowa i miecza” nie należy traktować jak powieści historycznej. Tym niemniej, za staranne odwzorowanie ówczesnych realiów, ukoronowane obszerną, składającą się z kilkudziesięciu akademickich publikacji bibliografią, należą się autorowi wyrazy uznania.

Zapewne nikogo nie zdziwi też fakt, że „Słowo i miecz” prezentuje się bardzo dobrze od strony czysto warsztatowej. Obrazowe porównania, barwne metafory i niezwykle plastyczne opisy to tylko niektóre z wizytówek Witolda Jabłońskiego, których miłośnicy jego twórczości uświadczą także w najnowszej książce pisarza. Choćby tylko dla nich warto zapoznać się ze „Słowem i mieczem”. Bo chociaż na tle dotychczasowej twórczości pisarza, zwłaszcza zaś rewelacyjnej „Fryne Hetery” jego najnowsza książka wypada nieco rozczarowująco, to i tak pozostaje to kawał przyjemnej, rodzimej fantastyki, godnej polecenia sympatykom historii najwcześniejszych dziejów naszego kraju.

Previous article
10 ciekawostek o polskich królach i ich otoczeniu, o których nie mieliście pojęcia!
Next article
10 wskazówek jak odkryć w sobie biegun okiem Marka Kamińskiego!
About the author